Ciemna gwiazda jasno świeci - cz.2

20 października 2005
Wywiad Caitlin Moran przetłumaczyła Mav
(Część druga wywiadu. Kliknij tutaj żeby przejść do części pierwszej)
Denerwuje mnie to, że nikt nie wie, że ja piszę piosenki, albo gdy się mówi, że muzyka nie interesuje mnie zupełnie" - mówi i wygląda na autentycznie wyprowadzonego z równowagi. "To łamie mi serce. Mam na myśli to, że jeśli ludzie nienawidzą mojej muzyki, to chcę, by jej nie cierpieli dlatego, że ja ją napisałem, a nie dlatego, ze wydaje im się, że śpiewam piosenki, które napisał ktoś inny. Ale z drugiej strony" - wzdycha - "nie mogę być do końca szczery i poważny, gdy mówię o moim rzemiośle, bo chyba nie ma zjawiska, którego nienawidzę bardziej niż muzyków mówiących o swoich songach tak jakby je posiedli albo urodzili. Tak samo jest, gdy widzę aktorów mówiących o swojej pracy: 'Podobała mi się współpraca z Nicole Kidman, ona dokonuje takich odważnych wyborów jako aktorka'. SPIERDALAĆ! SPIERDALAJCIE!". Jest to powiedziane tak gwałtownie, że aż Josie, asystentka Williamsa, wychyla się zza rogu.
"To nie jest tak, że dokonuje się odważnych wyborów" - mówi sucho Williams - "Nie znoszę ludzi, którzy przeintelektualizowują coś, co jest tak naturalne i tak piękne. A poza tym" - mówi, nagle się rozpromieniając - "ja nie mogę niczego przeintelektualizować, więc pewnie dlatego trochę mnie to irytuje" - w tym momencie wywiadu Rob był prawdopodobnie najbardziej przewrotny podczas całego popołudnia. Jest to, oczywiście, klucz do ogromnej części osobowości Robbiego Williamsa. Jest on zainteresowany jedynie tym, do czego posiada naturalny talent i może to natychmiast osiągnąć. A tak naprawdę sprawy poszły jeszcze dalej - Williams żywo nienawidzi wszystkiego, w czym od razu nie może być najlepszy. Skoro nie może "być artystą" - jak, powiedzmy, Bono - mówić o swoim zawodzie i mitologizować go - to wogóle nie zawraca sobie tym głowy.
Jednakże, niestety dla Robbiego, w momencie gdy jego specjaliści od PR i management powinni dążyć do zaprezentowania go jako wyjątkowego artysty, wydaje się, że nikt nie ma pojęcia jak to dobrze zrobić. Weźmy jego nowy album, "Intensive Care". Chcąc zrobić coś głębszego i bardziej osobistego niż to, co robił wcześniej, Williams odwrócił się od przypisywanego mu miejsca w muzyce pop i zaprezentował album, na którym słychać wpływy "Joy Division", "The Smiths", "New Order", "The Clash", "The Human League", "Prefab Sprout" i "The Rolling Stones". Grał na gitarze, basie i syntezatorze. Około pięciu piosenek jest zaśpiewanych wspomnianym już barytonem podobnym do Iana Curtisa, i Scotta Walkera - głębokim, niemal wypranym z emocji głosem, pachnącym głęboką depresją i apatią. Teksty są parafrazą z Gandhi'ego ("First they fight you/ Then they ignore you/ Then you win" - Najpierw z tobą walczą/ Potem cię ignorują/ Potem z nimi wygrywasz), Świętego Augustyna ("Oh Lord, make me pure, but not yet"), jest tu też pewien manifest, jak dotąd najbardziej szczery tekst Williamsa ("They build museums but I don't visit them /I've made enough trouble of my own" - Postawili muzea ale ja ich nie zwiedzam - sam dla siebie jestem wystarczająco dużym problemem). Jednakże chyba najbardziej szczerym utworem na albumie jest "Ghosts". Pełna żalu i pasji piosenka opowiada o związku, który już dawno się rozpadł, ale jego echo ma nadal duży wpływ na życie Williamsa. Album rozpoczyna się oszałamiającym uderzeniem i wyzywającym krzykiem: "Here a stand/ Victorious/ The only man who made you come" (Stoję tu zwycięski/ Jedyny człowiek, który zmusił cię do przybycia). Pomysł na to o kim jest ta piosenka przychodzi wraz z wersami: "On the radio/ She was that summer song" (Była tą letnią piosenką w radiu).
Prostą metodą analizy wszystkich związków Williamsa ze sławnymi piosenkarkami, sprawdzając która z nich wydawała przeboje latem, doszłąm do wniosku, że "Ghosts" musi być o Nicole Appleton, byłej członkini "All Saints", a teraz matki dziecka Liama Gallghera. "Ty! Dobra jesteś! - krzyczy Williams - "Powiedz, co dokładnie w "Ghosts" świadczy o tym, że jest ona o Nicole? Prawdziwa rewelacja, obleśne, łyse, grube gówno".
Zważywszy, że Nicole nadal wygląda w miarę porządnie i wciąż jeszcze posiada włosy, ta wypowiedź, prawdopodobnie, dotyczy długoletniej zmory Williamsa - Liama Gallghera.
Intencją było to, żeby album był artystyczny, ale - niestety! - pierwszą reakcją prasy na wielki powrót Williamsa do pracy, jako poważnego artysty, było radosne, zbiorowe ogłoszenie, że Williams podpisał lukratywny kontrakt na wyłączność z firmą T-Mobile. Żadnej wzmianki o tej ogromnej zmianie w pracy Williamsa jako artysty, nic takiego w dotychczasowej kampanii nie zostało wprost i dobitnie powiedziane. Tak więc Robbie nadal czuje gorycz w związku z tym, że nikt nie zauważa tej ogromnej jego części - muzyki, tego jak ona go porusza, jakie ogromne sukcesy w niej odnosi. Woli jednak za to wszystko winić manipulacje prasy i swojego poprzedniego współpracownika - Guya Chambersa. Robbie jest bardzo rozczarowany zachowaniem Guya - "Guy zawsze dawał wszystkim do zrozumienia - 'O tak, to moja zasługa. To ja napisałem piosenki' - i ten mit teraz procentuje" - wzdycha i spogląda na swoje stopy. Ma na sobie bardzo znoszone kapcie z napisem Ozzy Osbourne. Cześć haftu "Ozzy" się starła. Z mojej perspektywy wygląda to, jak gdyby na pantoflu był napis "Cozy" (przytulny).
"Centralnym punktem naszego układu była chyba "Abba". To był świetny zespół. "Dancing Queen" to taka majestatyczna piosenka" - Robbie wznosi ręce do nieba, jakby modlił się do przebywających w raju członków "Abby" - "Chcę zrobić coś w stylu Dr Dre (na przykład), albo Barry'ego White'a (na przykład). Pomyślałem, że tego nawet on nie powinien spieprzyć, po prostu się nie da. I co z tego wyszło? - "Rock DJ!"" - Rob krzywi się z obrzydzeniem.
"Rock DJ" było piątym najlepiej sprzedającym się singlem 2000 roku. Nie lubisz "Rock DJ"? - pytam. "W momencie, gdy udaje mi się odsunąć na bok ambitną część mojej osobowości i popatrzeć na tę piosenkę tak po prostu, to zdarza mi się czerpać z niej radość. Ale jest to naprawdę trudne. Nadal się tej piosenki trochę wstydzę."
Jednakże, od czasu spotkania ze swoim nowym muzycznym współpracownikiem, Stephenem Duffym - założycielem "Duran Duran", ostatnio związanym z "Lilac Time" - Williams w końcu poczuł, że może tworzyć taką muzykę, jaką zawsze pragnął napisać.
"Cokolwiek chcę nagrać - elektroniczną muzykę lat 80., czy coś w stylu Stonesów - Steve dokładnie wie o jaki efekt mi chodzi" - radośnie tłumaczy. "Bardzo podoba mi się to, co robił Steve zanim poznał mnie. Udawało mu się wydawać albumy, które sprzedawały się wystarczająco dobrze, żeby móc za te pieniądze wydać następny album. Nosi cudowne koszule od Prady. Jego dziewczyną jest chuda modelka. Potrafi dużo wypić. Cytuje Charlesa Bruckowskiego (sic!) i Serge'a Gainsborough'a (sic!). Ma wyśmienity gust."
W celu podkreślenia wagi spotkania tych dwóch umysłów i rozpoczęcia współpracy, Williams włącza "Je T'aime" Serge'a Gainsbourg'a, krzycząc: "Wyodrębnimy linię basu. Uda nam się." Potem, gdy wchodzi wokal, Williams wprowadza swój alternatywny tekst:
"****!" - wydziera się, charcząc astmatycznie jak Bernard Manning. "Paranoja! Jesteś skończonym wariatem."
Najlepsze jest to, że to naprawdę działa.
Problem z Williamsem, gdy patrzymy na jego karierę, jest taki, że nikt nie wie co z nim zrobić, a już najmniej sam Williams. Jest tak niespotykaną mieszanką - szczery, bardzo pociągający seksualnie, będący w depresji, z łatwością pogrążający się w uzależnieniach, zafascynowany "ciemną stroną" życia - że najbliższym punktem odniesienia byłby Elvis. Elvis siedzący w swoim pałacu, łykający pigułki - w przypadku Williamsa antydepresanty - pełen żądzy, samotny, doglądający interesów i czekający aż coś się wydarzy.
Williams nigdy nie jest bardziej podobny do Elvisa, niż wtedy, gdy mówi o zjawiskach paranormalnych. Poza sportem właśnie to go najbardziej interesuje. Podoba mu się myśl, że właśnie w tych siłach drzemie moc objawienia - jest to wizja stworzona przez jego własny, stanowczo nieanalityczny umysł; wizja ta udowodniłaby wyższość jego umysłu nad innymi, gdyby faktycznie okazało się, że wszystko jest kontrolowane przez obcych i że martwi przebywają wśród nas.
"Gdyby po Take That nie udało mi się nic osiągnąć w muzyce, wybrałbym jedną z dwóch możliwych dróg" - mówi podskakując i dłubiąc w kontrolce centralnego ogrzewania. Dwa koła potu znaczą jego piękny szary sweter. Przydałby się jakiś regulator temperatury. "Mógłbym być idealnym Petem Dohertym, albo byłbym świętym mężem medycyny i spirytualizmu. Duchowym medium."
"Myślę, że mam moce. Widziałem dziwne rzeczy. Psa mojej siostry wskakującego jej na kolana, w momencie gdy już od dawana nie żył. Zielone światło wpadające przez okna mojego pokoju - inni ludzie też to widzieli. Zamki Banhama otwierające się i zamykające na moich oczach. Włączający się i wyłączający telewizor."
Jesteś pewien, że to nie było w jednym z tych hoteli, gdzie wchodzisz do pokoju a telewizor się automatycznie włącza i mówi: "Witamy w Paramount Panie Williams"? "To było w Chelmsford" - Rob jest śmiertelnie poważny. Zapada cisza. "Nie jest już ze mną tak źle, jak było kiedyś" - kontynuuje po przerwie - "Mogę już sam spać. Wcześniej to było niemożliwe. Byłem przerażony. Strach przed ciemnością jest do opanowania, po prostu nagle wyłącza się jeden najważniejszych zmysłów" - Rob mówi to tak jakby powtarzał te słowa już tysiące razy leżąc w ciemnościach w łóżku i próbując powstrzymać atak paniki. "Chcę zrobić telewizyjny show" - mówi drapiąc do czerwoności ramię. "Chciałem po odejściu Arthura C. Clarke'a przejąć jego program. Chcę odwiedzić duchy, gobliny i alternatywne strony bytu. Mam zamiar jutro w nocy poszukać nawiedzonego domu."
Czemu chcesz to zrobić, skoro takie rzeczy cię przerażają? "Chcę sprawdzić czy te wszystkie moje widzenia to dowód na istnienie duchów, czy tylko moja kompetna paranoja. Jedno z dwóch - chcę jedno wykluczyć. Po prostu chcę wiedzieć" - wzdycha - "Daj nam po fajce."
Josie, asystentka Roba, sygnalizuje mu, że juz czas, aby się przygotować do wywiadu w MTV. Przygotowuję się do wyjścia. "Chcesz się tu jeszcze chwilę pokręcić?" - pyta Rob, wstając i przeciągając się.
Gdy schodzą się makijażystki i fryzjerzy mam możliwość poobserwować tę ogromną maszynerię obracającą się wokół Williamsa - spróbować poczuć tę atmosferę wokół niego bez rozpraszania go - o rozpraszanie siebie już on sam potrafi zadbać najlepiej. Czuję to bardzo silnie - wszystkie trybiki tej machiny są przyzwyczajone do tego, że Rob może nagle pogrążyć się w bezdennej depresji, bać się w nocy, albo być zbyt apatycznym żeby nauczyć się tekstu swojej własnej piosenki, jak się to zdarzyło w Velodromie w sobotę jego nowym utworem "Make Me Pure". Williams musiał usiąść i czytać słowa z kartki A4. Gdy znajdziesz się w jego pobliżu chcesz być użyteczny - chcesz być jedną z tych osób, które powiedzą coś, co sprawi, że pewne sprawy ponownie nabiorą dla niego sensu, chcesz, aby czerpał radość z tego, co robi. Ale z drugiej strony, gdy już znajdziesz się na jego orbicie, to on sam będzie oczekiwał, abyś był użyteczny. Jest zapracowanym, znudzonym facetem. Lubi, gdy coś go rozprasza. Wciąż czeka, aż coś się wydarzy.
"Josie!" - wrzeszczy Williams. Już czas na założenie świeżej koszuli. Rozkazuje, oczywiście, swojej asystentce, aby pomogła mu się ubrać - ale z drugiej strony ciężko byłoby mu to zrobić samemu ze złamaną ręką. Nagi od pasa w górę stoi ze wzniesionymi ramionami. Za nim, widoczny przez te niesamowite okna, wyłania sie spod lądowiska helikopter i błyskawicznie się wznosi. Efekt jest - delikatnie mówiąc - apokaliptyczny.
Josie zapina ostatni guzik. Rob sięga po papierosa.
"Dobra" - mówi - "Chodźmy."
-koniec-
